wtorek, 29 sierpnia 2017

MISTRZ



                  Witold był sam w swoim wielkim domu, który rodzice zostawili mu kiedyś w spadku. Pani Marta, która była niedocenioną pomocą domową, właśnie przestała się krzątać i cicho zamknęła za sobą drzwi wyjściowe. Na stole w kuchni zostawiła gulasz z warzywami i zupę szparagową. Witold podgrzeje sobie dania w mikrofalówce, pewnie gdzieś w porze kolacji. Teraz otwiera whisky, nalewa sobie w dużą szklankę i zaciąga grube zasłony w salonie. Siada za ciężkim biurkiem, dębowym zresztą. Uruchamia komputer.
               Witold zamyśla się na długą chwilę, czuje wewnętrzną tęsknotę. Pokochał swoją samotność i wie, że raczej w jego życiu już niewiele się zmieni. Ma przecież 60 lat. Ale czasem tęskni za kobietą, za uczuciem. Pławi się i głęboko zanurza w to poczucie dziwnej tęsknoty. Powoli dopija swoją whisky. I zaczyna pisać....
              Witold jest znanym i cenionym pisarzem. Wydał wiele książek, osiągnął sukces i zarobił sporo. Jego powieści zna prawie cały świat, jedna z nich doczekała się nawet ekranizacji. Sam mówi, że wybrał samotność w życiu, aby móc pisać. A teraz rozpoczyna kolejną książkę. Jest to opowieść o miłości, mówi o tym uczuciu bardzo wiele. Napisanie jej zajmuje Witoldowi prawie 2 lata. Wypija przy tym dużo whisky i stuka nieustannie w klawisze. Wydawca jest zachwycony powieścią, i jak się okazuje - ma rację. Książka robi furorę na świecie. Czytają ją wszyscy spragnieni prawdziwej miłości. Gdy staje się bestselerem, Witold postanawia napisać drugą część. Ona także w zawrotnym tempie osiąga pierwsze miejsca z rankingach najlepiej sprzedawanych książek. To typowy wyciskacz łez, opisuje uczucia, do których wszyscy tęsknimy.
Od tego czasu książki te stają się wzorem dla tych, którzy chcą kochać. Ludzie starają się brać przykład z życia i doświadczeń głównych bohaterów. Chcą dokładnie tak kochać i tak żyć, jak oni.

****************************************************************************************************************

               Na ławce w parku siedzi ona i on. Zakochani w sobie po uszy ludzie, którzy spędzili razem już 20 lat życia. Ale nadal chodzą razem po parku, trzymając się za ręce. Nadal umawiają się na randki i nadal chodzą do kina. Nigdy nie przeczytali książki, którą napisał Witold. Ale wiedzą wszystko o miłości.
Owszem,słyszeli o tych powieściach, a nawet natknęli się na nie w pobliskiej księgarni. On i ona przeczytali fragment, który był na ostatniej stronie i oboje zgodnie stwierdzili, że to jakaś pomyłka. 
Ta sławna powieść dla nich z miłością miała niewiele wspólnego.

******************************************************************************************************************

                Zauważyliście, że nasz autor książek nie posiadał żadnego doświadczenia w tematach, o których tak namiętnie pisał ? To bardzo ważne, ponieważ tak właśnie dzieje się w dzisiejszym świecie. Szczególnie w duchowości. Większość tych osób, które twierdzą, że mają coś do powiedzenia, nie mają żadnego swojego, osobistego doświadczenia. Ich wiedza jest pełna teorii i intelektu, niczego więcej. Nie ma co się dziwić...Popatrzmy choćby na księży; uważają się na pośredników miedzy bogiem,
 a człowiekiem. Mówią, że są posłannikami boga...Ale jak wielu z nich tak naprawdę spotkało swojego szefa ? )) Teoria bierze górę nad praktyką, a to odwrotnie, niż być powinno.
                Zanim uznamy kogokolwiek za przykład, zastanówmy się dobrze, poczujmy... 
Zanim uznamy jakąś wiedzę za prawdę, zbadajmy to sami. Dobry Mistrz jest jak drogowskaz. 
Powie, w którą stronę trzeba iść, gdzie zawrócić, gdzie uniknąć przepaści; opiera to na własnym doświadczeniu, ale to jego doświadczenie i nie zrobi za nas ani jednego kroku.

W drodze jesteśmy my sami i sami musimy przez nią przejść. To nasza podróż i nasze doświadczenie.


Dorota Wenus

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

SCHIZOFRENIA



Daleko poza naszym układem słonecznym, na planecie o wdzięcznej nazwie Hatora panowało prawdziwe poruszenie. Cywilizacja ta była bardzo wysoko rozwinięta intelektualnie oraz duchowo, i właśnie postanowiono zorganizować ekspedycję badawczo naukową na Ziemię. Jako ochotnik zgłosił się na to miejsce Profesor Badań Galaktycznych Horus. Horus był młodą świadomością, miał dopiero jakieś 1200 lat, ale już spore doświadczenie. Nie będziemy opisywali jego wyglądu, ponieważ go nie posiadał. Jak wspomniano – Horus był świadomością, czyli mógł przybrać postać, jaką tylko chciał. Ale najczęściej był po prostu mgłą złotego światła.
Ustalono, iż profesor uda się na Ziemię i regularnie będzie składał raporty, powiadamiając o swoich obserwacjach. Szczególnie wszyscy zainteresowani byli świadomością ludzką i jej aspektami. Bo – jak twierdzili, dopiero ze świadomości wynika cała reszta postępu.
Nadszedł ten wspaniały moment. Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i umieszczono Horusa w kapsule przestrzenno – czasowej. A potem wysłano go na ziemię, 

co tak naprawdę według naszego ziemskiego czasu trwało zaledwie kilka sekund.


Raport nr 1.
Badam ludzi nieustannie, kontaktuję się z nimi i ich obserwuję. Od razu zauważyłem niesamowitą sprzeczność 

w nich, którą postanowiłem zbadać bliżej. Otóż ich planeta ziemia jest w stanie zagłady, odbywa się tu właśnie masowe wymieranie i krążą wszędzie negatywne energie. Ludzie odczuwają braki wszystkiego na każdym możliwym poziomie. Rośnie wzajemna nienawiść i ignorancja. I taki jest ogólny obraz. Ale, jak przyjrzeć się każdej świadomości z bliska; okazuje się, iż są w głębi dobrzy i uczuciowi. To paradoks zadziwiający wprost – chcą dobrze, a dzieje się bardzo źle.


Raport nr 2.
Odkryłem kolejny element ich świadomości podstawowej. I częściowo daje ona odpowiedź na fakt, że są w ludziach takie sprzeczności. Otóż- oni nieustannie walczą. Walczą ze wszystkim i o wszystko. Nawet nazwali to naukowo „ walką o przetrwanie”. W przybliżeniu wygląda to w ten sposób, iż począwszy od ich podstawowej komórki, która nazywa się rodzina, po globalne działania- wszędzie panuje walka. 
W rodzinach walczą między sobą o zrozumienie, aprobatę 
i pozycję. Walczą nawet o miłość. Potem walczą w pracy i walczą o pieniądze. Walczą między sobą w szkołach, o to kto ma więcej wiedzy. Odbywają się walki dzieci z rodzicami, rówieśników i dorosłych. Nikt nikogo nie szanuje i nie kocha, ot tak po prostu. Wszystkim się wydaje, że muszą walką zasłużyć sobie na uczucie. Jak wspominałem – ma to rozmiary globalne. Otóż; prowadzi się tutaj wojny o pokój. 
I zabija się w imię dobra.
Poznałem grupę ludzi, którzy właśnie chcą pokoju i uparcie postanowili o niego walczyć. Zaistniał na tym polu badawczym kolejny paradoks, któremu postanowiłem się przyjrzeć. Otóż- ludzie odróżniają atak i obronę. Atak jest walką i to jest dla nich prawidłowe. Natomiast , nie widzą tego, że obrona także jest tą samą walką. Nie zauważają, że mają broń w rękach i walczą, nazywając to tylko w inny sposób... Zamiast złożyć broń. Kompletnie nie mają pojęcia 

o fakcie, iż jeżeli chcą zaprzestać walki powinni przestać walczyć. Mi samemu, choć zetknąłem się już z różnymi świadomościami- trudno jest pojąć coś tak osobliwego. Wynika z tego, że jeśli słowo walka zastąpi się innym słowem, np. obrona – przestaje się widzieć, iż nadal się walczy. Teraz właśnie zajmę się badaniem przyczyn ich dwuosobowego zachowania.

Raport nr.3.
Tym razem nie zdawałem długo raportu, ale odkryłem sedno całej ich świadomości. Ci ludzie na ziemi są szaleńcami!! Jest w nich głęboko ukryta schizofrenia, którą uważa się za normalną i logiczną. Tak naprawdę tylko 1% ludzkości nie jest chorych umysłowo. To jak wyjątek potwierdzający regułę.
Ludzkie rozdwojenie jaźni nazywa się dobrem i złem. Przedstawię to bliżej. Robią złe rzeczy w imię dobra. A kiedy stanie się coś dobrego, uważają ,że to jest złe. Miłością nazywają: przywiązanie, niewolnictwo i zależności, stawianie wymagań drugiemu człowiekowi i uzależnienie.
Radością nazywają krótkie uczucia euforii najczęściej spowodowane kupnem czegoś nowego. Szczęście to dla nich nieokreślona bliżej forma czegoś, na co niby nie zasługują. Bliskość to dla nich seks. Na tej planecie cała zbiorowa świadomość uległa schizofrenii tysiące lat temu. Należałoby niezwłocznie wszystkich zamknąć w wariatkowie i poddać leczeniu umysłów. Tutaj wariaci określają innych wariatami...i w swojej chorobie mają tendencję do negatywnych osądów, choć wcale nie maja nawet podstawowych danych, by wyrazić prawdziwą opinię 
o czymkolwiek. Ich choroba posunęła się tak daleko, iż nawet nie wiedzą kim są. Wiele czasu prowadziłem wywiad wśród jednostek ludzkich, pytając – Kim jesteś ?- Ani razu nie otrzymałem prawidłowej odpowiedzi!!!
Wobec zaistniałej sytuacji, dalsze badania stają się bezpodstawne. Pomyślę o wprowadzeniu programu naprawczego.

Raport nr.4.
S.O.S
Przybrałem ludzką postać i udałem się wśród ludzi, aby porozmawiać o tej głębokiej, nękającej ich chorobie. Z marnym skutkiem niestety...bo jak wytłumaczyć wariatowi, że jest wariatem? Usiłowałem z nimi dyskutować i wyjaśnić przyczynę ludzkich nieszczęść, pokazałem im także jak można wykorzystać energię świadomości....Ale to mnie uznano za szaleńca i postanowiono stracić ( ludzie uważają, że można kogoś zabić, czy odebrać mu życie ).Wiem, że z pewnością rozweseliło was takie stwierdzenie. Wobec powyższych faktów wysyłam S.O.S.
Czekam na transport powrotny.

Po około 1000 lat później Horus przeglądając stare notatki, przypomniał sobie o swojej wyprawie na ziemię. Zaciekawiony, czy może udało się ludzkości wyjść z choroby umysłu, zajrzał tam na chwilę ze swoją świadomością.
To, co ujrzał opisał potem jako zabawnie – przerażające. Otóż, po jego odejściu z ziemi część ludzkości postanowiła spisać jego rady i nauki. W ten sposób stworzono ruch o nazwie "Wielki Kult Horusa z Gwiazd". 
Byli także i przeciwnicy tego ruchu, którzy uważali, że cała ta historia jest fałszywa....
A jedni z drugimi walczyli o prawdę....


Dorota Wenus


obraz : (znalezione w sieci )

wtorek, 15 sierpnia 2017

JA, czyli...



Pewnego dnia ( a właściwie nocy ) pojawiłem się na tej planecie.  Po raz kolejny zresztą. To już po raz... A właściwie to nie takie ważne. :)
A więc pojawiłem się we w miarę zwykłej, tzw. normalnej rodzinie. Dzieciństwo miałem przeraźliwie przeciętne, może 
z wyjątkiem tego, że praktycznie byłem półsierotą, bo mój ojciec pływał po morzach i oceanach i miesiącami nie było go w domu. Byłem dzieckiem dobrze wytresowanym, uczyłem się dobrze i nie sprawiałem żadnych kłopotów ( do czasu oczywiście), oprócz ponadprzeciętnej chorowitości. Choroby zresztą lubiłem pasjami, bo przez pierwsze dni ich trwania matka nie goniła mnie do odrabiania lekcji, więc obstawiałem się sztaplami książek i czytałem... czytałem... czytałem... 
I z tego czytania zaczęła przebijać się do mnie dojmująca Tęsknota. 
Nie wiedziałem za czym tęsknię...Za Indianami, prerią, przygodami, życiem innym niż to, które tresowało mnie 
w myśl zasad, że „ pokorne cielę dwie matki ssie ” i „ nie wychylaj się, nie warto...” ?
Na początku pewnie tak, ale nie tylko. Tęskniłem za Czymś. Za czymś, czego nie potrafiłem nazwać, sprecyzować... Religia katolicka, w której mnie wychowywano (bez przesadnych nacisków zresztą), była pusta jak wydmuszka i dawała równie puste slogany, czyli żadnych odpowiedzi. 
A Tęsknota narastała... 
Zaczęło mi to doskwierać, boleć... Banały przeciętniactwa nasilały tylko frustracje. Zacząłem się buntować i szukać lekarstwa na ten dojmujący ból. I znalazłem. Przynajmniej tak mi się wydawało. Zacząłem pić. Pomagało na chwilę, 
a potem, jak to ZAWSZE bywa, było jeszcze gorzej. Tak przez lata... Cierpienie stawało się nie do zniesienia... 
I gdzieś w wieku „ponadmłodzieżowym” trafiłem „ przypadkiem ” na trening do Laboratorium Psychoedukacji, które rozpoczynało swoją działalność. Eichelberger, Santorski, Ostaszewski (ten ostatni, raz tylko, ale za to dla mnie przełomowo...), a z nimi psychoterapia humanistyczna i... buddyzm. Same odkrycia !
Nareszcie zacząłem oddychać, Tak wstąpiłem na swoją Drogę. Uczestniczyłem w wielu ich treningach, zacząłem zgłębiać buddyzm zen i medytować w sanghach. Później pojawił się Ole Nydahl i buddyzm tybetański - Wadżrajana. A potem już poszło..... Pierwsza wyprawa do Indii, Kaszmiru, Ladakhu... Powrócili Indianie, ale nie ci z książek Karola Maya, ale autentyczni, przywożący do Polski swoje nauki i szamańskie zwyczaje, które pod ich kierunkiem pewne grupy w naszym kraju zaczęły zgłębiać i praktykować. W międzyczasie opanowało mnie też szaleństwo kursów i warsztatów z tzw. rozwoju osobistego. Kończyłem kolejne szkoły i szkolenia, zdobywałem kolejne dyplomy... 
Reiki ( z tytułem mistrza włącznie), bioenergoterapia, świecowania, konchowanie, koreańskie systemy uzdrawiania, systemy relaksacyjne, NLP,  itd. itp. itd.... 
Tęsknota jakby zelżała, ale tylko trochę... 
Wiedza się „nagromadzała”, a ból nadal doskwierał, tylko, że teraz jakby bardziej świadomie. Nie twierdzę, że to było bez sensu, bo na Drodze wszystko ma swój cel, ale w pewnym momencie zauważyłem, że na kolejnych szkoleniach zaczynam widzieć ciągle te same twarze. Zaraz zaraz... Coś tu chyba nie tak...? Czy czasem nie zaczynamy żyć od warsztatu do warsztatu...? Czy nie za dużo wiedzy, a za mało prawdziwych doświadczeń ? Czy nie za dużo warsztatów, a za mało Życia ? 
W międzyczasie to Życie właśnie zaczęło wypychać mnie ze starych kolein...Straciłem tzw. majątek, rodzina się rozpadła, „warsztatowanie” straciło dalszy sens, Polska stała się jakby przyciasna... Wiedziałem, czułem, że czas na Zmianę 
i prawdziwe podążanie za Tęsknotą... 
Spakowałem się i wyruszyłem do... Meksyku. Do autentycznych źródeł szamanizmu, do Don Juana Castanedy... Mieszkałem tam prawie rok, w Teotihuacan, 
w bliskim sąsiedztwie piramid Księżyca i Słońca, w kontakcie z autentycznymi szamanami na ich terenie. No i pierwszy kontakt ze Świętymi Roślinami, Roślinami Mocy... 
Zacząłem doganiać Tęsknotę... 
Potem wielokrotne wyprawy do Peru, do mojej ukochanej Amazonii, nauki, wiele nauk od siostrzyczki Ayahuaski, potem Brazylia i wreszcie wielokrotne spotkania „na szczycie”... z czystą Molekułą Duszy – DMT, a dzięki niej 
i z Jednością, i z Aniołem Przemiany -Śmiercią i z Czymś albo Kimś... 
To był ten prawdziwy Przełom ! 
Wiedziałem jednak, czułem to głęboko, że nie chcę, tak jak wielu, wpadać w kolejne „od...do...” Wiedziałem, że Enteogeny nie są zakończeniem Drogi, celem samym w sobie, a tylko Nauczycielami i Przyjaciółmi, którzy pomagają "przeczyścić złącza”, wskazują kierunek dążeń, ale którzy nie załatwią za mnie tego, co załatwić muszę sam... Wrócić do....siebie, do swojego Serca i swojego Ja Jestem... 
           Pożegnałem się z dotychczasowymi Nauczycielami, ze wzruszeniem      
 i wdzięcznością, dziękując za Nauki i Doświadczenia, których opisać, mimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie, za pomoc w przeżywaniu prawdziwej Miłości, Jedności i Pokory wynikającej z doświadczania stanów tak pięknych i wzniosłych, że aż budzących trwogę.
I jak to bywa, pojawiły się adekwatne pomoce w postaci ot, choćby fizyki kwantowej czy kilku takich, którzy pojawiają się przy mnie dość często na jawie i we śnie ( jak choćby niejaki J, którego pewnie niektórzy z Was być może znają... ), a które to „pomoce” pozwalają już zdecydowanie samodzielnie Świadomości mojego własnego Ja coraz bardziej rozpychać się i rządzić tam, gdzie jeszcze do niedawna panoszyło się prawie niepodzielnie moje wielkie ( a może nawet większe) jak kosmos Ego.
W ciągu kilku ostatnich lat " przechorowałem " tzw. teorie spiskowe, przeżyłem kilka końców świata, odkryłem głębię 
i prawdę o Słowiańszczyźnie, a to wszystko pozwoliło mi zakreślić do końca Krąg i kilka lat temu powrócić do Polski.

A Tęsknota...? Jest ! Ma się dobrze ( i dobrze, ze ma się dobrze...) :-) , tylko zmieniła nieco oblicze. Jest inspiratorką ćwiczenia się w Kreacji, coraz głębszego doświadczania Boga, Źródła, Jam Jest czy jak To tam jeszcze zwać, oraz... pragnienia dzielenia się nabytą wiedzą i doświadczeniem 
i pomagania tym, którzy zechcą z powyższego skorzystać. ))

Krzysztof Orłowski

WERONIKA, czyli.....


            Weronika przyszła na świat w przeciętnej, polskiej , rozbitej rodzinie. Od kiedy pamięta zawsze wykazywała cechy bycia tą inną od innych)). Miała w sobie niesamowitą intuicję, a świat duchowy był jedynym miejscem, w którym dobrze się czuła. Jako odmieniec nie rozumiała wielu rzeczy dziejących się dookoła, a i sama na zrozumienie liczyć nie mogła. 
Już jako nastolatka wiedziała, że ludzie są jacyś dziwni.
Gdy miała 14 lat zdarzyło się po raz pierwszy coś niesamowitego. 

         Był jesienny wieczór, a Weronika siedziała w swoim pokoju wpatrując się w okno. Czuła się od jakiegoś czasu przytłaczająco samotna.  
I nagle przed jej oczami stanął mężczyzna w kapeluszu. Zdjął go, ukłonił się i spojrzał dziewczynie w oczy. A w tych bardzo niebieskich oczach zobaczyła swoją własną duszę, poczuła przeogromny spokój. Usłyszała głos : 
"Jeszcze trochę i naprawdę wszystko będzie w porządku. Wytrzymaj jeszcze trochę."   
Po czym mężczyzna rozwiał się na jej oczach jak mgła. Kim był , Weronika dowiedziała się kilka lat później , ale od tamtego momentu wiedziała już, że cokolwiek się nie dzieje , już nigdy nie będzie sama)).
Prawdziwe Przebudzenie zaczęło się u niej już w wieku 19 lat. Spotkała wtedy swojego pierwszego nauczyciela, który przyjechał prosto z Tybetu. On wiele jej pomógł. Przynosił jej odpowiednie duchowe książki, uczył ją jasnowidzenia i innych tego typu rzeczy. Przekazał jej dużą wiedzę i powie - dział:  "Jesteś tutaj, aby razem z innymi przyczynić się do wejścia naszej planety w Złoty Wiek . Zrobisz to poprzez własną energię".
          Potem nastąpił okres uśpienia... Weronika starała się prowadzić normalne życie i po wielu latach wysiłku jakoś jej się to udało. Założyła rodzinę, miała jakąś pracę, jakiś własny kąt, a nawet jeździła regularnie na wakacje. Osiągnęła tak zwaną stabilizację...
Pewnego dnia zadała sobie jednak bardzo ważkie pytanie: - Czy to jest całe, ludzkie życie? Ta pustka, którą staramy się zapełnić jakimiś bzdurami, to wszystko? - Owo pytanie było na tyle mocne, że jej świat runął praktycznie od razu, rozpadając się jak domek z kart.
Weronika porzuciła to wszystko lub też to wszystko porzuciło ją. Nauka duchowa i przyswajanie wiedzy zaczęło się od nowa. Kilka lat tak się kształciła, pracowała z różnymi energiami, przyswajała wiele nauk duchowych i wiele z nich odrzucała, czując, że to nie to, że to nie jej...
Miała też kilku nauczycieli, a życie zgotowało jej wiele doświadczeń-lekcji.
          Wielki przełom nastąpił po 3 latach. Nad ranem, gdy ledwie się obudziła, a było to w środku lata, Weronikę odwiedził kolejny mężczyzna. Przedstawił się jako Jezus. Powiedział tylko - ”Już czas”-  i wręczył jej wielką , złotą księgę. Weronika studiowała ową księgę prawie 2 lata, 
a przemiany trwały w niej nieustannie. Przez 1,5 roku ciągle chorowała, jej ciało i umysł zmieniały się i wciąż zmieniały)). Jezus i ten drugi mężczyzna, który ukazał jej się , gdy miała 14 lat- okazało się, że to Saint Germain - byli przy niej cały czas. Jezus nie jest zbyt gadatliwy.)) Raczej pokazuje wszystko głębokimi uczuciami; od gadania był Saint Germain.))                                                                                                                   Prowadzili ją przez cały okres nauki, byli przy niej i wspierali.
              Urzeczywistnienie przyszło bardzo szybko, bo po niecałych          2 latach. Weronika zdała sobie pewnego dnia sprawę, że już jest oświecona...i przyzwoliła na to. 
Całe ciało i zmysły zalała fala niewyobrażalnej energii, czuła, że lewituje. Wszystko zaczęło się pewnego popołudnia, tuż przed nadejściem wiosny. I trwało wiele, wiele godzin- pół dnia i całą noc. Nad ranem Weronika była już zupełnie inną istotą). Wróciła w pełni do Domu            i zaczęła rozkoszować się niczym nie zmąconą Boskością.
Taka jest moja historia, tak właśnie ze mną było, tak to jest nadal...
I teraz właśnie nadszedł czas, abym mogła Wam wszystkim powiedzieć, że szczęście, miłość, spełnienie, boskość są dla nas wszystkich.)) Tu nie ma wyjątków. Nie musicie mieć wielkich pieniędzy , ani ogromu wiedzy , czy inteligencji. Wystarczy chcieć, mocno chcieć, bo to pragnienie duszy. Chcieć i PRZYZWOLIĆ...Odnalezienie samego siebie jest najważniejszym dążeniem , jedynym prawdziwym. I do tego Was zachęcam. Zapraszam was w podróż powrotną do Domu.))

Dorota Wenus

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

KRZYSZTOF Z WENUS


Z Dorotą Wenus poznaliśmy się w przestrzeni wirtualnej, czyli na fb, kilka lat temu... I...nie miałem ochoty utrzymywać kontaktów z tą postrzeloną, nieumiejącą zagrzać miejsca, trudną do uchwycenia „kometą”. Jakaś taka nawiedzona i nie do końca w moim typie... Nie, dziękuję, odpuszczam sobie takie znajomości, pomyślałem i tak też zrobiłem. Kilkanaście miesięcy miałem spokój. Ufff... W międzyczasie doszedłem do wniosku, że dojrzałem do prawdziwej partnerskiej relacji. Wysłałem kilkakrotnie w Uniwersum komunikat, że chcę spotkać kobietę, o której bez wątpienia będę wiedział, że to TA !! Nie chodziło mi o tzw. zakochanie, ale o głęboką wewnętrzną świadomość, że wiem NA PEWNO ! Zażyczyłem sobie, żeby ona też to tak odczuwała. I czekałem, tym razem z ufnością, wręcz pewnością, że coś się zdarzy. Po kilku miesiącach zacząłem mieć „loty”, nagle otworzyło mi się Serce. Tak gdzieś w połowie stycznia. Chodziłem po ulicach Dublina i łzy płynęły mi z poczucia szczęścia, miłości do ludzi i świadomości, że WSZYSTKO JEST OK !
Po kilku dniach tego stanu na „fejsie” odezwała się do mnie kto...? Właśnie ta wariatka – Wenus. Na początku miałem zamiar znów szybko zakończyć jakikolwiek kontakt, ale... 
Ten stan, który odczuwałem, wymógł na mnie poniekąd wewnętrzną zgodę na rozmowę.
(Tak byłem pozytywnie nastawiony do ludzi... ). Po pierwszej, dość konwencjonalnej konwersacji, następnego dnia znów zaczęliśmy rozmawiać i...było „po ptokach”. Dorota spytała mnie, co się ze mną dzieje ( a nic jej nie wspominałem o swoim stanie), bo ona czuje, że przeżywa to samo ! SKĄD ONA DO CHOLERY WIEDZIAŁA...? A to był dopiero początek.... Zaczęliśmy rozmawiać, ale już bez konwencji i zaczęło się... Kontaktowaliśmy się już po kilka razy dziennie i wiedziałem, że zaczyna się trzęsienie mojej ziemi.
Dzwoni ktoś np. na skypa (bez kamerki jeszcze)...Stałem przy oknie, patrzyłem na ulicę 

i myślałem... Nawet nie chciało mi się w tym momencie odbierać, tak byłem zamyślony...Ale odebrałem... A tu ona... 
I pyta : „A co Ty tak stoisz przy tym oknie i myślisz o jakichś bzdurach? Pogadajmy lepiej.” Wiedźma jedna... Nogi się lekko pode mną ugięły, ale nie ze strachu, tylko ze świadomości, że.... wpadłem ! Myślałem właśnie o tym...kiedy w końcu zadzwoni. To co było potem, to totalne tsunami... Czas przestał istnieć albo zlewał się i plątał, płynął szybko, jednocześnie dłużąc się. Skończyły się tajemnice, wstydy, skrępowania i niedopowiedzenia.  Spotkaliśmy się kilkakrotnie energetycznie w przestrzeniach, nie dla wszystkich widocznych tzw. gołym okiem. Były to bardzo realne, a jednocześnie zdecydowanie pozamaterialne spotkania. Jeszcze się nie zdążyliśmy zobaczyć nawet wizualnie na skypie, a już wiedzieliśmy, byliśmy absolutnie pewni, że chcemy być razem i nie ma żadnej innej opcji. 
W marcu byłem już w Polsce i zetknięcie w tzw. realu uświadomiło nam, że znamy się od tysięcy lat, szukaliśmy się długo i wreszcie znaleźli. To nie było „zakochanie, to była od razu głęboka, świadoma Miłość. Natychmiast zacząłem zamykać swoje sprawy zagranicą. 
W czerwcu wróciłem na stałe do Polski i od razu zamieszkaliśmy razem. To trwa już kilka lat, a my odkrywamy się bardziej i bardziej.
Obje wiemy, że nie ma mowy o pomyłce, że dostaliśmy to i wiemy, że TO JEST TO. Dlaczego wiemy? 
Bo niczym dla nas jest różnica wieku metrykalnego, a i moje „nie w moim typie” okazało się totalną iluzją i śmiesznostką.
A do tego łączy na Wspólna Droga i Dążenia...
Ja studiowałem lata całe niekonwencjonalne metody pomagania ludziom, studiowałem szamanizm amazoński i meksykański, konwencjonalną i niekonwencjonalną psychologię, znam też kulturę Indian, buddyzm tybetański, zen itd.
Moja Wenus jest absolutną Wiedźmą (prze duże W), ma niesamowitą intuicję, a właściwie dar jasnowidzenia, jest świetną, niezwykle skuteczną uzdrowicielką, posiada znajomość ludzkich programów, które nas ograniczają i paraliżują, i w usuwaniu ich jest mało, że skuteczna, to jeszcze bezwzględna i twarda. A do tego... 
Do tego jeszcze wzięła się i.... oświeciła jakiś czas temu !
Znaleźliśmy też oczywiście swoje Miejsce. Mieszkamy sobie spokojnie na wsi, ale...
No właśnie, czujemy bardzo mocno, a temu uczuciu nie sposób się przeciwstawić, że już czas nasze doświadczenia , wiedzę i umiejętności oddać do dyspozycji potrzebującym ich w różnych formach i na różnych poziomach. Że czas dzielić się nimi z tymi, którzy będą tego potrzebowali.
Wobec tego niniejszym informujemy i ogłaszamy, że jesteśmy do Waszej dyspozycji.




                                                        Wenus                           Krzysztof

O NAS

Studiowałem szamanizm amazoński i meksykański, konwencjonalną i niekonwencjonalną psychologię i metody uzdrawiania, kulturę Indian,buddyzm tybetański, zen itd. 
Wenus jest Uzdrowicielką i posiada dar jasnowidzenia, ma świetną znajomość ludzkiej duszy. 
Chętnie dzielimy się naszym doświadczeniem, wiedzą i umiejętnościami ze wszystkimi, którzy tego potrzebują, w różnych formach i na różnych poziomach. Ogłaszamy i informujemy, że jesteśmy do Waszej dyspozycji. :-)



Krzysztof Orłowski i Dorota Wenus   



KRZYSZTOF  Z  WENUS



Z Dorotą Wenus poznaliśmy się w przestrzeni wirtualnej, czyli na fb, kilka lat temu... I...nie miałem ochoty utrzymywać kontaktów z tą postrzeloną, nieumiejącą zagrzać miejsca, trudną do uchwycenia „kometą”. Jakaś taka nawiedzona i nie do końca w moim typie... Nie, dziękuję, odpuszczam sobie takie znajomości, pomyślałem i tak też zrobiłem. Kilkanaście miesięcy miałem spokój. Ufff... W międzyczasie doszedłem do wniosku, że dojrzałem do prawdziwej partnerskiej relacji. Wysłałem kilkakrotnie w Uniwersum komunikat, że chcę spotkać kobietę, o której bez wątpienia będę wiedział, że to TA !! Nie chodziło mi o tzw. zakochanie, ale o głęboką wewnętrzną świadomość, że wiem NA PEWNO ! Zażyczyłem sobie, żeby ona też to tak odczuwała. I czekałem, tym razem z ufnością, wręcz pewnością, że coś się zdarzy. Po kilku miesiącach zacząłem mieć „loty”, nagle otworzyło mi się Serce. Tak gdzieś w połowie stycznia. Chodziłem po ulicach Dublina i łzy płynęły mi z poczucia szczęścia, miłości do ludzi i świadomości, że WSZYSTKO JEST OK !
Po kilku dniach tego stanu na „fejsie” odezwała się do mnie kto...? Właśnie ta wariatka – Wenus. Na początku miałem zamiar znów szybko zakończyć jakikolwiek kontakt, ale... 
Ten stan, który odczuwałem, wymógł na mnie poniekąd wewnętrzną zgodę na rozmowę.
(Tak byłem pozytywnie nastawiony do ludzi... ). Po pierwszej, dość konwencjonalnej konwersacji, następnego dnia znów zaczęliśmy rozmawiać i...było „po ptokach”. Dorota spytała mnie, co się ze mną dzieje ( a nic jej nie wspominałem o swoim stanie), bo ona czuje, że przeżywa to samo ! SKĄD ONA DO CHOLERY WIEDZIAŁA...? A to był dopiero początek.... Zaczęliśmy rozmawiać, ale już bez konwencji i zaczęło się... Kontaktowaliśmy się już po kilka razy dziennie i wiedziałem, że zaczyna się trzęsienie mojej ziemi.
Dzwoni ktoś np. na skypa (bez kamerki jeszcze)...Stałem przy oknie, patrzyłem na ulicę 

i myślałem... Nawet nie chciało mi się w tym momencie odbierać, tak byłem zamyślony...Ale odebrałem... A tu ona... 
I pyta : „A co Ty tak stoisz przy tym oknie i myślisz o jakichś bzdurach? Pogadajmy lepiej.” Wiedźma jedna... Nogi się lekko pode mną ugięły, ale nie ze strachu, tylko ze świadomości, że.... wpadłem ! Myślałem właśnie o tym...kiedy w końcu zadzwoni. To co było potem, to totalne tsunami... Czas przestał istnieć albo zlewał się i plątał, płynął szybko, jednocześnie dłużąc się. Skończyły się tajemnice, wstydy, skrępowania i niedopowiedzenia.  Spotkaliśmy się kilkakrotnie energetycznie w przestrzeniach, nie dla wszystkich widocznych tzw. gołym okiem. Były to bardzo realne, a jednocześnie zdecydowanie pozamaterialne spotkania. Jeszcze się nie zdążyliśmy zobaczyć nawet wizualnie na skypie, a już wiedzieliśmy, byliśmy absolutnie pewni, że chcemy być razem i nie ma żadnej innej opcji. 
W marcu byłem już w Polsce i zetknięcie w tzw. realu uświadomiło nam, że znamy się od tysięcy lat, szukaliśmy się długo i wreszcie znaleźli. To nie było „zakochanie, to była od razu głęboka, świadoma Miłość. Natychmiast zacząłem zamykać swoje sprawy zagranicą. 
W czerwcu wróciłem na stałe do Polski i od razu zamieszkaliśmy razem. To trwa już kilka lat, a my odkrywamy się bardziej i bardziej.
Obje wiemy, że nie ma mowy o pomyłce, że dostaliśmy to i wiemy, że TO JEST TO. Dlaczego wiemy? 
Bo niczym dla nas jest różnica wieku metrykalnego, a i moje „nie w moim typie” okazało się totalną iluzją i śmiesznostką.
A do tego łączy na Wspólna Droga i Dążenia...
Ja studiowałem lata całe niekonwencjonalne metody pomagania ludziom, studiowałem szamanizm amazoński i meksykański, konwencjonalną i niekonwencjonalną psychologię, znam też kulturę Indian, buddyzm tybetański, zen itd.
Moja Wenus jest absolutną Wiedźmą (prze duże W), ma niesamowitą intuicję, a właściwie dar jasnowidzenia, jest świetną, niezwykle skuteczną uzdrowicielką, posiada znajomość ludzkich programów, które nas ograniczają i paraliżują, i w usuwaniu ich jest mało, że skuteczna, to jeszcze bezwzględna i twarda. A do tego... 

Do tego jeszcze wzięła się i.... oświeciła jakiś czas temu !
Znaleźliśmy też oczywiście swoje Miejsce. Mieszkamy sobie spokojnie na wsi, ale...
No właśnie, czujemy bardzo mocno, a temu uczuciu nie sposób się przeciwstawić, że już czas nasze doświadczenia , wiedzę i umiejętności oddać do dyspozycji potrzebującym ich w różnych formach i na różnych poziomach. Że czas dzielić się nimi z tymi, którzy będą tego potrzebowali.
Wobec tego niniejszym informujemy i ogłaszamy, że jesteśmy do Waszej dyspozycji.





WERONIKA, czyli...



 Weronika przyszła na świat w przeciętnej, polskiej , rozbitej rodzinie. Od kiedy pamięta zawsze wykazywała cechy bycia tą inną od innych)). Miała w sobie niesamowitą intuicję, a świat duchowy był jedynym miejscem, w którym dobrze się czuła. Jako odmieniec nie rozumiała wielu rzeczy dziejących się dookoła, a i sama na zrozumienie liczyć nie mogła. 
Już jako nastolatka wiedziała, że ludzie są jacyś dziwni.
Gdy miała 14 lat zdarzyło się po raz pierwszy coś niesamowitego. 

         Był jesienny wieczór, a Weronika siedziała w swoim pokoju wpatrując się w okno. Czuła się od jakiegoś czasu przytłaczająco samotna.  
I nagle przed jej oczami stanął mężczyzna w kapeluszu. Zdjął go, ukłonił się i spojrzał dziewczynie w oczy. A w tych bardzo niebieskich oczach zobaczyła swoją własną duszę, poczuła przeogromny spokój. Usłyszała głos : 
"Jeszcze trochę i naprawdę wszystko będzie w porządku. Wytrzymaj jeszcze trochę."   
Po czym mężczyzna rozwiał się na jej oczach jak mgła. Kim był , Weronika dowiedziała się kilka lat później , ale od tamtego momentu wiedziała już, że cokolwiek się nie dzieje , już nigdy nie będzie sama)).
Prawdziwe Przebudzenie zaczęło się u niej już w wieku 19 lat. Spotkała wtedy swojego pierwszego nauczyciela, który przyjechał prosto z Tybetu. On wiele jej pomógł. Przynosił jej odpowiednie duchowe książki, uczył ją jasnowidzenia i innych tego typu rzeczy. Przekazał jej dużą wiedzę i powie - dział:  "Jesteś tutaj, aby razem z innymi przyczynić się do wejścia naszej planety w Złoty Wiek . Zrobisz to poprzez własną energię".
          Potem nastąpił okres uśpienia... Weronika starała się prowadzić normalne życie i po wielu latach wysiłku jakoś jej się to udało. Założyła rodzinę, miała jakąś pracę, jakiś własny kąt, a nawet jeździła regularnie na wakacje. Osiągnęła tak zwaną stabilizację...
Pewnego dnia zadała sobie jednak bardzo ważkie pytanie: - Czy to jest całe, ludzkie życie? Ta pustka, którą staramy się zapełnić jakimiś bzdurami, to wszystko? - Owo pytanie było na tyle mocne, że jej świat runął praktycznie od razu, rozpadając się jak domek z kart.
Weronika porzuciła to wszystko lub też to wszystko porzuciło ją. Nauka duchowa i przyswajanie wiedzy zaczęło się od nowa. Kilka lat tak się kształciła, pracowała z różnymi energiami, przyswajała wiele nauk duchowych i wiele z nich odrzucała, czując, że to nie to, że to nie jej...
Miała też kilku nauczycieli, a życie zgotowało jej wiele doświadczeń-lekcji.
          Wielki przełom nastąpił po 3 latach. Nad ranem, gdy ledwie się obudziła, a było to w środku lata, Weronikę odwiedził kolejny mężczyzna. Przedstawił się jako Jezus. Powiedział tylko - ”Już czas”-  i wręczył jej wielką , złotą księgę. Weronika studiowała ową księgę prawie 2 lata, 
a przemiany trwały w niej nieustannie. Przez 1,5 roku ciągle chorowała, jej ciało i umysł zmieniały się i wciąż zmieniały)). Jezus i ten drugi mężczyzna, który ukazał jej się , gdy miała 14 lat- okazało się, że to Saint Germain - byli przy niej cały czas. Jezus nie jest zbyt gadatliwy.)) Raczej pokazuje wszystko głębokimi uczuciami; od gadania był Saint Germain.))                                                                                                                   Prowadzili ją przez cały okres nauki, byli przy niej i wspierali.
              Urzeczywistnienie przyszło bardzo szybko, bo po niecałych          2 latach. Weronika zdała sobie pewnego dnia sprawę, że już jest oświecona...i przyzwoliła na to. 
Całe ciało i zmysły zalała fala niewyobrażalnej energii, czuła, że lewituje. Wszystko zaczęło się pewnego popołudnia, tuż przed nadejściem wiosny. I trwało wiele, wiele godzin- pół dnia i całą noc. Nad ranem Weronika była już zupełnie inną istotą). Wróciła w pełni do Domu            i zaczęła rozkoszować się niczym nie zmąconą Boskością.
Taka jest moja historia, tak właśnie ze mną było, tak to jest nadal...
I teraz właśnie nadszedł czas, abym mogła Wam wszystkim powiedzieć, że szczęście, miłość, spełnienie, boskość są dla nas wszystkich.)) Tu nie ma wyjątków. Nie musicie mieć wielkich pieniędzy , ani ogromu wiedzy , czy inteligencji. Wystarczy chcieć, mocno chcieć, bo to pragnienie duszy. Chcieć i PRZYZWOLIĆ...Odnalezienie samego siebie jest najważniejszym dążeniem , jedynym prawdziwym. I do tego Was zachęcam. Zapraszam was w podróż powrotną do Domu.))


Dorota Wenus



                   
                                                  JA, czyli....




Pewnego dnia ( a właściwie nocy ) pojawiłem się na tej planecie.  Po raz kolejny zresztą. To już po raz... A właściwie to nie takie ważne. :)
A więc pojawiłem się we w miarę zwykłej, tzw. normalnej rodzinie. Dzieciństwo miałem przeraźliwie przeciętne, może 
z wyjątkiem tego, że praktycznie byłem półsierotą, bo mój ojciec pływał po morzach i oceanach i miesiącami nie było go w domu. Byłem dzieckiem dobrze wytresowanym, uczyłem się dobrze i nie sprawiałem żadnych kłopotów ( do czasu oczywiście), oprócz ponadprzeciętnej chorowitości. Choroby zresztą lubiłem pasjami, bo przez pierwsze dni ich trwania matka nie goniła mnie do odrabiania lekcji, więc obstawiałem się sztaplami książek i czytałem... czytałem... czytałem... 
I z tego czytania zaczęła przebijać się do mnie dojmująca Tęsknota. 
Nie wiedziałem za czym tęsknię...Za Indianami, prerią, przygodami, życiem innym niż to, które tresowało mnie 
w myśl zasad, że „ pokorne cielę dwie matki ssie ” i „ nie wychylaj się, nie warto...” ?
Na początku pewnie tak, ale nie tylko. Tęskniłem za Czymś. Za czymś, czego nie potrafiłem nazwać, sprecyzować... Religia katolicka, w której mnie wychowywano (bez przesadnych nacisków zresztą), była pusta jak wydmuszka i dawała równie puste slogany, czyli żadnych odpowiedzi. 
A Tęsknota narastała... 
Zaczęło mi to doskwierać, boleć... Banały przeciętniactwa nasilały tylko frustracje. Zacząłem się buntować i szukać lekarstwa na ten dojmujący ból. I znalazłem. Przynajmniej tak mi się wydawało. Zacząłem pić. Pomagało na chwilę, 
a potem, jak to ZAWSZE bywa, było jeszcze gorzej. Tak przez lata... Cierpienie stawało się nie do zniesienia... 
I gdzieś w wieku „ponadmłodzieżowym” trafiłem „ przypadkiem ” na trening do Laboratorium Psychoedukacji, które rozpoczynało swoją działalność. Eichelberger, Santorski, Ostaszewski (ten ostatni, raz tylko, ale za to dla mnie przełomowo...), a z nimi psychoterapia humanistyczna i... buddyzm. Same odkrycia !
Nareszcie zacząłem oddychać, Tak wstąpiłem na swoją Drogę. Uczestniczyłem w wielu ich treningach, zacząłem zgłębiać buddyzm zen i medytować w sanghach. Później pojawił się Ole Nydahl i buddyzm tybetański - Wadżrajana. A potem już poszło..... Pierwsza wyprawa do Indii, Kaszmiru, Ladakhu... Powrócili Indianie, ale nie ci z książek Karola Maya, ale autentyczni, przywożący do Polski swoje nauki i szamańskie zwyczaje, które pod ich kierunkiem pewne grupy w naszym kraju zaczęły zgłębiać i praktykować. W międzyczasie opanowało mnie też szaleństwo kursów i warsztatów z tzw. rozwoju osobistego. Kończyłem kolejne szkoły i szkolenia, zdobywałem kolejne dyplomy... 
Reiki ( z tytułem mistrza włącznie), bioenergoterapia, świecowania, konchowanie, koreańskie systemy uzdrawiania, systemy relaksacyjne, NLP,  itd. itp. itd.... 
Tęsknota jakby zelżała, ale tylko trochę... 
Wiedza się „nagromadzała”, a ból nadal doskwierał, tylko, że teraz jakby bardziej świadomie. Nie twierdzę, że to było bez sensu, bo na Drodze wszystko ma swój cel, ale w pewnym momencie zauważyłem, że na kolejnych szkoleniach zaczynam widzieć ciągle te same twarze. Zaraz zaraz... Coś tu chyba nie tak...? Czy czasem nie zaczynamy żyć od warsztatu do warsztatu...? Czy nie za dużo wiedzy, a za mało prawdziwych doświadczeń ? Czy nie za dużo warsztatów, a za mało Życia ? 
W międzyczasie to Życie właśnie zaczęło wypychać mnie ze starych kolein...Straciłem tzw. majątek, rodzina się rozpadła, „warsztatowanie” straciło dalszy sens, Polska stała się jakby przyciasna... Wiedziałem, czułem, że czas na Zmianę 
i prawdziwe podążanie za Tęsknotą... 
Spakowałem się i wyruszyłem do... Meksyku. Do autentycznych źródeł szamanizmu, do Don Juana Castanedy... Mieszkałem tam prawie rok, w Teotihuacan, 
w bliskim sąsiedztwie piramid Księżyca i Słońca, w kontakcie z autentycznymi szamanami na ich terenie. No i pierwszy kontakt ze Świętymi Roślinami, Roślinami Mocy... 
Zacząłem doganiać Tęsknotę... 
Potem wielokrotne wyprawy do Peru, do mojej ukochanej Amazonii, nauki, wiele nauk od siostrzyczki Ayahuaski, potem Brazylia i wreszcie wielokrotne spotkania „na szczycie”... z czystą Molekułą Duszy – DMT, a dzięki niej 
i z Jednością, i z Aniołem Przemiany -Śmiercią i z Czymś albo Kimś... 
To był ten prawdziwy Przełom ! 
Wiedziałem jednak, czułem to głęboko, że nie chcę, tak jak wielu, wpadać w kolejne „od...do...” Wiedziałem, że Enteogeny nie są zakończeniem Drogi, celem samym w sobie, a tylko Nauczycielami i Przyjaciółmi, którzy pomagają "przeczyścić złącza”, wskazują kierunek dążeń, ale którzy nie załatwią za mnie tego, co załatwić muszę sam... Wrócić do....siebie, do swojego Serca i swojego Ja Jestem... 
           Pożegnałem się z dotychczasowymi Nauczycielami, ze wzruszeniem      
 i wdzięcznością, dziękując za Nauki i Doświadczenia, których opisać, mimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie, za pomoc w przeżywaniu prawdziwej Miłości, Jedności i Pokory wynikającej z doświadczania stanów tak pięknych i wzniosłych, że aż budzących trwogę.
I jak to bywa, pojawiły się adekwatne pomoce w postaci ot, choćby fizyki kwantowej czy kilku takich, którzy pojawiają się przy mnie dość często na jawie i we śnie ( jak choćby niejaki J, którego pewnie niektórzy z Was być może znają... ), a które to „pomoce” pozwalają już zdecydowanie samodzielnie Świadomości mojego własnego Ja coraz bardziej rozpychać się i rządzić tam, gdzie jeszcze do niedawna panoszyło się prawie niepodzielnie moje wielkie ( a może nawet większe) jak kosmos Ego.
W ciągu kilku ostatnich lat " przechorowałem " tzw. teorie spiskowe, przeżyłem kilka końców świata, odkryłem głębię 
i prawdę o Słowiańszczyźnie, a to wszystko pozwoliło mi zakreślić do końca Krąg i kilka lat temu powrócić do Polski.


A Tęsknota...? Jest ! Ma się dobrze ( i dobrze, ze ma się dobrze...) :-) , tylko zmieniła nieco oblicze. Jest inspiratorką ćwiczenia się w Kreacji, coraz głębszego doświadczania Boga, Źródła, Jam Jest czy jak To tam jeszcze zwać, oraz... pragnienia dzielenia się nabytą wiedzą i doświadczeniem 
i pomagania tym, którzy zechcą z powyższego skorzystać. ))

Krzysztof Orłowski